Geoblog.pl    spychi    Podróże    Na koniec świata i z powrotem    Zmasowany atak azjatyckich turystów
Zwiń mapę
2013
25
maj

Zmasowany atak azjatyckich turystów

 
Malezja
Malezja, Penang Island
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 37564 km
 
Do Georgetown na wyspie Penang dotarliśmy trochę po 6 rano. Kiedy się obudziłem w autobusie nie bardzo wiedziałem o co chodzi. Po minucie dotarło do mnie, że już jesteśmy na miejscu. Za oknem jeszcze ciemnica, ale na szczęście autobusy miejskie już kursują. Wsiadamy w 301 i za 2 MYR / osoba jedziemy ok 40 minut do historycznej części miasta, która w zasadzie jest ogromnym Chinatown z jadłodajniami dosłownie na każdym rogu.

Po godzinie 7.00 zaczęliśmy szukać hotelu. Zadanie niełatwe, jak się można było spodziewać ferie szkolne + weekend przełożyły się na brak wolnych miejsc. Dopiero w 4 czy 5 hoteliku pojawiła się iskierka nadziei – jacyś goście mają wykupiony transfer do Tajlandii za niecałą godzinę, więc pokój powinien się zwolnić. Zrzuciliśmy plecaki i poszliśmy na śniadanie.

Pierwsze wrażenia Georgetown: Lidzia jest zachwycona, mnie się póki co nie podoba. Wszędzie między budynkami a chodnikiem otwarte kanały ściekowe, kiedy wiatr zawieje od dołu to smród okropny, do tego gdzieniegdzie skaczą sobie szczury wielkości małych kotów. Luzik. Li natomiast zachwycona kolonialną architekturą. Po 3 dniach tutaj muszę jednak przyznać, że miasteczko ma bardzo fajny klimat. W 1-2 dni można ze spokojem zwiedzić praktycznie wszystkie ciekawe miejsca na wyspie.

Po śniadaniu powrót do hoteliku. Z pokoju nici, bo goście się nie wymeldowują. Poszliśmy kawałek dalej – jest miejsce. Hmmm… jakby to ująć. Myślę, że przypadłoby do gustu Szwedowi, którego poznaliśmy w Kuala Lumpur. W pokoju tylko łóżko i stolik, wiatrak pod sufitem, bardzo ascetycznie i ekonomicznie. W sumie to trochę nora, ale co tam. Cena: 30 MYR – na jedną nockę bierzemy! Lidka po drugiej stronie ulicy wypatrzyła bardzo fajny hotelik o nazwie Muntri Heritage. Miejsce z charakterem, urzekło nas obu. Dziś nie ma nic wolnego, ale od jutra rezerwujemy dwójkę z klimatyzacją i śniadaniem za 75 MYR.

Wracamy do naszej nory, i po prysznicu padamy na twarz. 2 godziny snu to jest to.

Później zwiedzanie kolonialnej części miasta. Wszędzie super budynki, można poczuć się jak w Hawanie. Niektóre pięknie odrestaurowane, inne kompletne ruiny. Klika bardzo ładnych kościołów, ratusz (w remoncie więc tylko z zewnątrz), promenada z której widać góry na północy, dzielnicę hotelową na zachodzie i port na wschodzie. Dalej ruiny fortu Cornwallis (wejście po 2 MYR), Little India, kilka buddyjskich świątyń i muzułmańskich Mosków. Lidzia chciała odnaleźć kilka słynnych graffiti litewskiego artysty Ernesta Zacharevica (jedno jest zaraz obok naszego hoteliku), więc ruszyliśmy na poszukiwania. Jak się okazało zadanie banalnie proste – wystarczyło poszukać na danej ulicy grupki azjatyckich turystów z aparatami. Istna plaga i totalne oblężenie. Żeby zrobić sobie zdjęcie trzeba było ustawić się grzecznie w kolejce. Masakra… Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Kolejka do zdjęcia z graffiti, ciekawe… Najgorsze było to, że historia powtórzyła się jeszcze 3 razy tego samego dnia w innych miejscach.

Po dość intensywnym spacerze przyszedł czas na obiad. Wszyscy zachwalali Penang, jeśli chodzi o walory kulinarne. I tak rzeczywiście jest. Dosłownie na każdym rogu można wrzucić na ruszt coś świeżego, pachnącego i naprawdę dobrego. A to satay, a to jakaś zupa, ryż czy noodle pod każdą postacią, z mięsem, warzywami, owocami morza. Ja zamawiam jakiś dziwny mix sosu sojowego i czarnego pieprzu, Lidzia skusiła się na kurczaka w curry – miało być średnio ostre, ale biednej aż łzy poleciały. Kelnerka miała niezły ubaw :)

Na dziś zwiedzania wystarczy. Przespana na raty nocka, kilka kilometrów z buta w ponad 30-stopniowym upale dały o sobie znać. Zaliczamy jeszcze kawkę i rundkę w warcaby, a później do hotelu. W sumie to i tak już ciemno. Na koniec wizyta w sklepie: jest tajlandzkie piwko Chang i hinduski Kingfisher (pyszna wersja strong, 7.2%) w przystępnej cenie 6 MYR za dużą puszkę, więc może być. Puszka to jednak nie butelka, ale nie ma co wybrzydzać :)
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (12)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 16% świata (32 państwa)
Zasoby: 131 wpisów131 126 komentarzy126 1123 zdjęcia1123 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróże
24.04.2013 - 22.12.2017
 
 
28.02.2013 - 18.07.2013